Kto z nas nie zetknął się w sieci z nagraniami często pięknie ubranych, przystojnych panów, którzy głoszą wielkie i rewolucyjnie brzmiące teorie o tym, jak żyć? Ty nie? Zaczekaj, do czasu. Mój pierwszy kontakt z „motywacyjnymi przemowami” miał miejsce jeszcze w latach, w których moim krokom towarzyszył dźwięk:

Dzyń, dzyń, dzyń…

To dzwonił łańcuch przypięty do mojego wojskowego plecaka z wielkim symbolem anarchii na klapie.

Dzyń, dzyń, dzyń…

Dzwoniły w jego wnętrzu dziesiątki kapsli po Coca-Coli. Dziesiątki brzęczących symboli kapitalizmu. Ten obrazek wystarczy, żeby opisać, jak się ma do rzeczywistości idea walki systemem. Żebrzesz albo zarabiasz. That’s it.
Wtedy jeszcze nie dostrzegałem własnej hipokryzji, podobnie jak nie byłem w stanie dostrzec nachalności otaczającego mnie zewsząd marketingu, którego byłem ofiarą, otwierając codziennie szklaną butelkę. Niezbity fakt jest taki, że poranna cola na chwilę czyniła mnie szczęśliwym.

Z coachingiem i rozwojem osobistym rzecz ma się podobnie. Czyni szczęśliwym, niestety najczęściej tylko na chwilę. W ostatnich latach internet zalała fala motywacyjnych treści, która spotkała się z krytyką, choćby w postaci fanpage’ów takich jak Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty, na których przez jakiś czas sam się udzielaniem. Pewnego dnia doszło do mnie, że wielu z tych coachów to ludzie, których jedynym talentem jest wygłaszanie przemówień i sprawny marketing (swoją drogą to też jakiś talent). Organizują oni grubo płatne spotkania i nie kończące się tasiemce szkoleń, pod których wypływem ich klienci zyskują szybko gasnące poczucie kontroli nad własnym życiem. Pod względem finansowym to bywa najczęściej studnia bez dna. Powiem Wam, jaka jest prawda. Po pierwsze, trzeba naprawdę utracić zdolność obiektywnego patrzenia na świat, żeby płacić non stop (lub wielokrotnie) za coś, co nie przynosi nam wymiernych korzyści. Kolejne cząstki prawdy wymienię niżej.

…dzyń, dzyń, dzyń…

…dzwoniły dzwony (nie wiedziałem, w którym kościele) gdy wpadłem pewnego dnia na słynny monolog Charliego Chaplina z filmu „Dyktator”.

Dzyń, dzyń, dzyń…

…dzwoniły, gdy obejrzałem po raz pierwszy przemowę Steve’a Jobsa ze Stanford. Niech mnie diabli, chciałbym w to wierzyć. Ci ludzie chyba wiedzą, o czym mówią. 

Różnica pomiędzy „kołczami” a dwoma wymienionymi wyżej panami jest na pierwszy rzut oka oczywista – Jobs i Chaplin osiągnęli w życiu rzeczy, które dają im moc autorytetu i prawo do udzielania innym rad, jak ich zdaniem należy, a jak nie należy postępować. Chaplin odgrywa oczywiście rolę (nie do końca mówi od siebie), ale to w tej chwili mało istotne. To, co się liczy, to efekt, jaki wywiera na słuchaczach. Obie mowy, ze swojej natury motywacyjne, zyskały status ogólnoświatowych virali. W cieniu tak wielkich autorytetów i ikon popkultury potrafią działać przecież także postacie niedocenione. To ludzie, którzy zajmują się tylko i wyłącznie pomaganiem innym: psychologowie, ale także „kołcze” i mentorzy, których praca nierzadko przynosi godne podziwu efekty (śmiem domniemywać, że większe).

Dam silny i obrazowy przykład:

Fakt, że psycholog czy psychoterapeuta nie był w przeszłości molestowany, nie oznacza, że nie będzie potrafił tak skrzywdzonej osobie pomóc. Największy problem dotyka osób, których niechęć do rozwiązania problemu leży tak głęboko, że nawet kopiąc przez lata, nie potrafią tej niechęci „podkopać”. A nie ma innego sposobu, oprócz codziennego kopania.

Niektórzy śmieją się z faktu, że tak dużo w sieci treści motywacyjnych. Po przemyśleniu sprawy nie widzę w tym nic dziwnego. Ilu znajdziesz ludzi wokół siebie, których chciałbyś naśladować niemal w każdej dziedzinie? Nie mówię o chęci posiadania podobnych ciuchów, czy jeżdżenia podobnym samochodem, etc. Ludzie, którzy publikują w internecie, to tacy sami ludzie jak Ty, nie gorsi od tych w pracy, w domu, na ulicy. Skoro nie znajdujesz autorytetów w otoczeniu, szukasz w sieci. Proste. Jeśli więc przyjaciół lub idoli znajdziesz po drugiej stronie oceanu, wcale nie znaczy, że żyjesz iluzją. Niemniej, zawsze warto być ostrożnym i wiedzieć, z kim ma się do czynienia.

Podobnie wyśmiewanie osób, które bardziej niż inne otwierają się w internecie, uważam za ignorancję i głupotę. To proste niedostrzeganie, że ten, kto pisze, ma problem, z którym nie potrafi sobie poradzić, bo albo nie ma z kim pogadać, albo zwyczajnie boi się poprosić o pomoc. Może to wyglądać żenująco lub żałośnie, natomiast zawsze ma swoje powody. Niekoniecznie mówię tu o sobie – ja napiszę sobie taki tekst i mam ekspresję na parę dni z głowy. Jeśli ktoś ten post wyśmieje, znaczy, że o empatii nigdy nie słyszał, albo zwyczajnie „nie jarzy”.

Wróćmy do tematu. Napiszę krótko, jakie są moje doświadczenia w tej materii. Po pierwsze – przyznam szczerze – że pewnie tak, jak Tobie, zależy mi na czymś więcej niż często obrazowo przytaczanym jedzeniu pizzy i piciu piwa przed ekranem (teraz to już nie tylko telewizor). Spędzenie w ten sposób całego tygodnia jest w stanie wpędzić mnie w potworne wyrzuty sumienia i stan bliski depresji, bo coś nieustannie mówi mi, że stać mnie na przynajmniej trochę więcej.

Niestety główne powody niepowodzeń mają u mnie kolosalne rozmiary i sięgają bardzo głęboko. To niesystematyczność, niedocenianie codzienności i potworne luki w szacunku do siebie i samoocenie, które do niedawna sabotowały wszystkie podjęte przeze mnie działania. Wziąłem w łapy wielkie nożyce, rozciąłem własną głowę i zacząłem sprawę badać. Nasunął mi się jeden wniosek: mam słaby charakter lub „złe nastawienie”. W jakiś czas temu napisanym tekście, wyraziłem pogląd, że charakteru w ogóle nie da się zmienić. Niespodziewanie docieram więc do punktu, w którym albo zmienię pogląd, albo spuszczę wzrok i zaakceptuję depresyjny sposób patrzenia na świat, do jakiego przywykłem.

Wybieram – i każdemu to polecam – wersję optymistyczną i wiarę, że siłę charakteru można zbudować i „wyciągnąć” na wierzch. Nie minęło wiele czasu od tej zmiany, a już odczuwam efekty.

Splot moich zainteresowań jest bardzo rzadką kombinacją, toteż trudno było mi znaleźć kogoś, kto rzeczywiście ma o rzeczy pojęcie i stanowiłby dla mnie autorytet. Na szczęście jednak znalazłem.

Słuchanie ludzi, którzy wiedzą na temat osiągania celów dużo więcej, niż Ty, jest rozsądne. Tego samego rozsądku należy użyć w wyborze ludzi, których faktycznie chcesz słuchać. Nie sądzę, żeby trzeba było za to płacić, choć jeśli jest to konieczne, nie widzę w tym nic złego. Nie ma znaczenia i nie powinien wpływać na nas fakt, że znajomi świetnie radzą sobie bez niczyjej pomocy. Jeśli pojawia się problem i znamy rozwiązanie, należy z niego skorzystać bez względu na to, co o tym pomyśli otoczenie.

Jeśli nieustannie coś Cię gnębi, włącz radar i zacznij szukać. U podstawy może leżeć rzecz prostsza, niż Ci się wydaje. Piszę w trakcie przemeblowywania własnych wartości. Takie są moje doświadczenia.

See You!
K.

 


Autor zdjęcia w miniaturze: Link