[su_spoiler title=”Soundtrack do artykułu” icon=”plus-circle”][su_youtube url=”https://www.youtube.com/watch?v=xTA_FexW3qU&index=6&list=PL7-NrfuNPRyyClJ3M_suEWEzIVJWr6HAA”][/su_spoiler]

Nie wiem do końca, jak ugryźć ten temat, żeby wyrazić się jasno. Zastanawia mnie, czemu tak wielu ludzi uważa rap i kulturę hip-hop w ogóle za terytorium zarezerwowane dla półgłówków. Lubię jazz, ale jego statystyczny odbiorca uważa, że zna się na muzyce tak bardzo, że straciłby godność próbując wysłuchać kawałka Hemp Gru (o całych albumach już nawet nie śmiem wspomnieć). Nie, nie jestem fanem tej grupy, specjalnie posłużyłem się ich przykładem.

Wszystkiemu winne jest obśmiane przez internautów i hejterów coachingu pojęcie „strefy komfortu”. W tym wypadku muzycznego komfortu. Jeśli już namówisz takiego „melomana” do wycieczek muzycznych, po kontakcie z Hemp Gru będzie leczył oparzenia długimi tygodniami i z automatu skreśli cały gatunek, nie podejmując najmniejszego wysiłku, żeby znaleźć na jego przestrzeni wykonawców, którzy zaoferują mu coś więcej niż widzi w rapie na pierwszy rzut oka. Dziwi mnie, a nawet rozsmiesza fakt, że – kto jak kto – ale zazwyczaj wykształceni fani jazzu nie widzą lub nie chcą dostrzec mnogości nurtów w rapie. Prawdą jest (moim zdaniem), że zdecydowana większość polskiego rapu wydaje się być intelektualnie, czy też tekstowo spłycona.

Pewnego wieczora puściłem mojej mamie Bisza (a właściwie B.O.K…) i czekałem na reakcję. Pierwsze zasłyszane przekleństwo wywołało grymas na jej twarzy, ale utworu „Miecz czy bicz” wysłuchała, po czym – jak na polonistkę przystało, przyznała – że Bisz językiem ojczystym posluguje się sprawnie. Zanim zdążyłem zadać jakiekolwiek pytanie, dodała, że słuchanie tego typu utworów nie sprawia jej żadnej przyjemności. Jej zdaniem, żeby zrozumieć Bisza za pierwszym razem, trzeba być niesamowicie skupionym i po prostu nie robić nic innego, tylko „rozkminiać”. A tego, jak orzekła, nie potrafi nazwać przyjemnością płynącą ze słuchania muzyki. I jak tu dogodzić?

Bałem się zarzutu o prostolinijność i banalność tekstów, wybrałem więc jednego z najbardziej skomplikowanych i głębokich pod względem wyrazu artystów. Nie sądzę, by mama potrafiła spojrzeć na świat oczami Rycha Peji, choć pomimo dużo prostszego (niż Bisz) języka nie można odmówić Peji kunsztu przynajmniej wykonawczego. Gdy ktoś dochodzi tak wysoko, jak Peja, na pewno są ku temu słuszne powody, które warto spróbować dostrzec.

Wracając do rozmowy z mamą – wtedy właśnie uświadomiłem sobie rzeczy teoretycznie proste, a jednak, jak mi się zdaje, niekoniecznie dla wszystkich oczywiste. Przede wszystkim różnią słuchaczy oczekiwania, co do efektu, jaki odbiór muzyki ma wywoływać. Niektórzy, jak moja mama, chcą, by po prostu „było miło”. Rap jest pod względem zabarwień emocjonalnych chyba najbardziej pojemnym z gatunków, a statystyczny słuchacz jest przygotowany na różne scenariusze, wręcz oczekuje, że muzyka wywoła w nim silne uczucia: od radości i beztroski, przez złość, na skrajnym obrzydzeniu, czy nawet strachu kończąc.

Zapomina się też, że rap jest intymnym spotkaniem autora że słuchaczem, w którym odrzucane są wszelkie konwenanse. Ta bezposredniość niektórych odrzuca. Co ciekawe, te same osoby potrafią drastycznie zmienić zdanie, poświęcając utworowi należną uwagę dopiero w chwili, gdy słyszą „na taśmie” głos kogoś bliskiego lub znajomego. Rozmawiałem na ten temat z paroma osobami i zdanie w tej sprawie wydaje się być zgodne.

Rap niesie ze sobą liczne informacje istotne z punktu widzenia socjologii. Rewolucja w świecie nagrywania sprawiła, że studyjnej jakości sprzęt jest dostępny praktycznie każdemu, niezależnie od pojemności portfela. Niczym dziwnym nie powinna być dla świadomego słuchacza wielość nurtów i – nie oszukujmy się – także różnice w kunszcie muzycznym i tekściarskim jego przedstawicieli. Zdążyły rozwinąć się różne konwencje tekstowe i kompozycyjne, rządzące się własnymi prawami. Po przesłuchaniu już paruset utworów, zwróceniu uwagi na flow, intonację (tak) sposób ułożenia rymów, okaże się, że jak w każdej dziedzinie sztuki, natknąć się łatwiej na przeciętniaka, niż na geniusza, co nie znaczy, że tych drugich w rapie brakuje. Wreszcie, odnośnie do warstwy instrumentalnej, zupełnie innych doznań niż w jazzie, czy muzyce klasycznej ma dostarczyć słuchaczowi beat, zazwyczaj, o ile mamy do czynienia z samplingiem, słyszymy, czasem nieświadomie, efekt użycia rozmaitych technik producenckich, wyróżniających spośród innych ten gatunek.

Myślę, że słuchania rapu w odróżnieniu od innych stylów muzycznych trzeba się zwyczajnie nauczyć, ale nie jest to proces krótkotrwały i nie zawsze bywa przyjemny. Następny w kolejce dla mamy będzie Łona, o którym ostatnio zapomniałem. A potem elektronika.