Gdyby dziś rano ktoś spytał mnie o stanowisko w sprawie problemu uchodźców, powiedziałbym, że jestem jak najbardziej za ich przyjęciem. W teście poglądów wypadłbym pewnie w centrum, lub lekko na lewo. Dziś jednak przeżyłem przełom, bo po miesiącach popierania takiego rozwiązania doszedłem do wniosku, że jestem kategorycznie przeciw. Wytłumaczę, dlaczego.

Szczerze wierzę w równość, nie jestem rasistą. Co do wrażliwości jako takiej, jestem chyba nadwrażliwy. Wszelkie obrazy, czy moje wyobrażenia krzywd, jakie spotykają ludzi dotkniętych wojną, drażnią mnie niesamowicie i kłują w serce igłą na tyle boleśnie, że byłbym gotów odstąpić nawet własne łóżko.
Wyobraź sobie, że uciekasz przed śmiercią, koczujesz gdzie się da, w deszczu, chłodzie i brudzie, a z każdej strony napotykasz mur, na którego szczycie strażnicy strzegą krainy, która jest dla Ciebie zbawieniem, ratunkiem i idyllą. Chcesz żyć, a ktoś w imię własnej wygody odmawia Tobie tego prawa. Możesz sobie wyobrazić własne poczucie bezsilności w takiej sytuacji? Ja tak. Wyobrażam sobie nawet, jak po długich dniach czekania przy granicy dopada mnie złość, a wreszcie agresja.
Siedem tysięcy imigrantów to przecież nie miliony ludzi, a Polska nie zamieni się nagle w kalifat, prawda? Co się stało, że zmieniłem zdanie?

Mam wrażenie, że w ciągu jednego dnia po prostu dorosłem. Późno.

Mam 25 lat. Wierzę w Polską demokrację. Ostatnimi czasy zauważyłem w swoim spojrzeniu na politykę i zdarzenia w świecie subtelną zmianę. Dotychczas pomimo prawa wyborczego, z którego sumiennie korzystałem, czułem się raczej obserwatorem zdarzeń, a klęski i zwycięstwa przeciwnych sobie partii były u mnie na pierwszym miejscu w kategorii „rozrywka”. Im więcej zacząłem zapamiętywać, z mediów, tym – zdaje się – więcej rzeczy się działo, aż do ostatnich lat, w których to Rosja napadła na Gruzję, Ukrainę, pojawiły się pierwsze mrzonki o ISIS, rozpętał się kryzys i rozpoczęła wielka migracja do Europy. Historia na naszych oczach pisze nowe rozdziały podręczników.

Wiesz, jakie wysnułem wnioski?

Dostrzegam, że poczucie bezpieczeństwa, które miałem do dziś, wpatrując się w ekran, to jedna wielka fatamorgana. Nikt nie trzyma tego wszystkiego w ryzach. Pokój i stabilność na świecie to jeden wielki domek z kart. Nie lubię Kaczyńskiego, Macierewicza, Pawłowicz uważam za nawiedzoną, a gdy okazało się, że wybory wygrał PiS, krzyknąłem głośno:

– KURWA MAĆ! (głosowałem na .Nowoczesną)

Sekundę później poczułem ulgę. Dlaczego?

Bo wiem, że wycieczka za granicę nie sprawi, że przestanę mieszkać w tym kraju. To jest fakt, którego nie zmienię. Nie chcę zmieniać. Nie skaczę pod niebo, nie jest to kraj mlekiem i miodem płynący, gdzie indziej miałbym łatwiej, znam język, idiotą raczej nie jestem.

Znasz tę, ulgę, gdy po długiej podróży, czy to w kraju, czy za granicą, wysiadasz z autobusu we własnym mieście, na własnym przystanku? Znasz tę dziwną, nieopisaną radość i ulgę? Choćbyś nie miał grosza przy duszy, dotykając stopą chodnika w duchu uśmiechasz się.

Tak, to jest właśnie dom.

Dom, o którym mówię, nie różni się niczym od mieszkania, domu – budynku, pokoju, akademika. Naprawdę, zajęło mi całe lata, żeby to zrozumieć.
W piątym odcinku serialu Fargo w 42. minucie rozgrywa się rozmowa pomiędzy Lornem Malvo a mieszkańcem osiedla, która utkwiła mi w pamięci. Jaki jest jej sens? Skoro to mój dom, mam prawo wpuścić lub nie wpuścić kogokolwiek. Nikomu nie muszę się z tego tłumaczyć. Oczywiście nie sądzę, że uchodźcy to terroryści, lub że tylko czekają, żeby wywrócić nam kraj do góry nogami.

Pamiętasz newsa o facebookowym wydarzeniu, w którym młoda dziewczyna z USA zaprosiła na imprezę wszystkich, którzy zechcą przyjść? Przyszło całe miasto „gości”, dom splądrowali i rozbujali balangę na parę ulic w okolicy. Angela Merkel wyprawia w naszej okolicy większe party i naprawdę nie będzie mnie dziwić, jeśli za trzydzieści, czterdzieści lat w Niemczech nie będzie Niemców. To nie bajki, tylko matematyka. Nie będę rozmawiać o siedmiu tysiącach, gdy Europę szturmują miliony.

Gdy przenosi się miliony ludzi z jednego terenu w inny, to jak by przesuwać na mapie całe państwo. 

Jeśli ktoś doszedł cało aż do granicy z Polską, to na pewno śmierć od karabinu przestała mu grozić już jakiś czas temu. Od dziś jakoś tak dziwnie nie bardzo interesuje mnie, czy imigranci chcą tu zostać, czy nie. Nie wiem jak Ty, ale ja nie wpuszczam do domu ludzi, których nie znam i których intencje są mi obce. Zdarzyło mi się obudzić się w domu, do którego ktoś przed chwilą się włamał. Nie chcesz znać tego uczucia.  Nie chcesz wiedzieć, co instynktownie wpadnie Ci w ręce, gdy chcesz się obronić. Nie mów mi, że to złe porównanie, bo w Niemczech sytuacja już dawno wymknęła się spod kontroli.

Pomijam już zderzenie cywilizacji i – często – jej braku, pomijam też bardziej drastyczne sceny i zachowania, które w kulturze islamu są powszechnie akceptowane, a na myśl o których znika moje pokojowe nastawienie. Pomijam, choć nie bezgłośnie, prawa kobiet. Nie mówię, że tak musi być, ale ja, tak, jak na drodze, by być bezpiecznym stosuję zasadę ograniczonego zaufania, która – póki co – sprawdza się w każdej sytuacji.

Wszędzie, gdzie na co dzień pojawiają się zorganizowane w jakikolwiek sposób tłumy, pojawia się ochrona. Nieważne, czy to koncert, mecz, czy cokolwiek innego. Ochrona pojawia się, bo nie wiadomo, co może się wydarzyć. Gdy tłum zaczyna biec, zawsze pojawiają się ofiary. Wtedy albo dbasz o swój interes, albo giniesz. W Anglii, we Francji, w Niemczech jakoś się udawało? To już czas przeszły. Ich sprawa, że pozwolili na taki rozwój wydarzeń.

„Róbta co chceta”, ale nie w moim domu.

—–
Niekulturalne komentarze usuwam, bo to mój dom ;)