Jeśli rzeczywistość, z jaką się stykasz, rozczarowuje i nie odpowiada Twoim wymaganiom, nie masz wielkiego wyboru. Nie masz w dłoni magicznej różdżki, nie jesteś w stanie zmienić wszystkiego wokół za jednym zamachem. Nie zmienisz „od raz” systemu ani ludzi, którzy Cię otaczają, choć czasem miałbyś na to ochotę. Jedyne, na co masz wpływ, to własne nastawienie. Najlepsza praca, jaką wykonasz, to praca nad samym sobą. Gdy przyłożysz się do tego odpowiednio, okaże się, że „świat” podąża za Tobą, a nie na odwrót.

W swoich poszukiwaniach tego właśnie odpowiedniego nastawienia otarłem się o różne treści i metody, od medytacji, przez NLP, audiobooki dotyczące zarządzania własnym czasem, finansami, nauki buddystów, mentorów, zakonników. Nie stroniłem od systemów filozoficznych chrześcijaństwa i buddyzmu.

Na długi czas zatrzymałem się przy praktykach medytacyjnych, które dają mi spore poczucie kontroli. Zastanawiającym jest fakt, że gdy przyznasz się wśród grona znajomych do medytowania, czy jogi, odbierany jesteś z lekkim przymrużeniem oka, ale nikt nie zarzuca Ci kłamstwa, gdy mówisz, że to naprawdę pomaga Ci nie tylko uspokoić się, ale życie magicznie zaczyna naprawiać się samo. Gdy włożysz te siłę w boskie ręce, część „światłych” kolegów i koleżanek automatycznie zacznie uważać Cię za nawiedzonego kretyna. Tym bardziej bawi mnie to, biorąc pod uwagę wniosek, jaki wysnułem. Sądzę mianowicie, że wiara w sprawczą siłę wyższej inteligencji to bardziej zaawansowana, a paradoksalnie łatwiejsza forma medytacji. Wyjaśnię, co mam na myśli.

Medytacja z grubsza polega na tym, żeby siedząc w jednym miejscu dać myślom, emocjom i wszystkiemu, co Cię otacza, po prostu płynąć. Jest to trudne zadanie, bo nie ma możliwości sprawdzenia, czy robisz to prawidłowo. Metodą prób i błędów dochodzisz do coraz większej wprawy. Mistrz Yoda w Gwiezdnych Wojnach powiedział „Nie próbuj. Rób albo nie rób. Nie ma próbowania”. To samo tyczy się medytacji i życia jako takiego. Jeśli próbujesz cokolwiek robić na siłę podczas medytacji, znaczy, że robisz to źle. Z drugiej strony będąc świadomym tego, że robisz coś źle, jednocześnie medytujesz. Zakręcone, prawda? Dłuższy romans z medytacją doprowadza człowieka do wniosku, że właściwie świadome wykonywanie jakiejkolwiek czynności jest medytacją. Medytacja to wyzbycie się strachu i ufność, że wszystko, co się dzieje, samo zmierza w odpowiednim kierunku. Gdy przyzwyczaisz się do tego, praktyka medytacyjna przeniesie się na codzienne życie i będziesz medytować nieustannie z mniejszymi, bądź większymi przerwami.

Im dalej w las tym więcej drzew. Zacząłem obserwować u siebie stan ciągłego skupienia i usilnego medytowania po to, by wrócić do równowagi, do czegoś, co nazywam właśnie stanem ufności. Gdy znasz szczęśliwe zakończenie filmu, napięcie i obawy maleją. To jest właśnie medytacja.

Wielkim przełomem było dla mnie samodzielne odkrycie sposobu na medytację wdzięczności za wszystko, co mam i co mnie otacza. Zacząłem w ten sposób bardziej doceniać własną pracę, przedmioty materialne, znajomych, rodzinę. Z tym docenianiem miałem od zawsze spory problem. Medytacja uczucia wdzięczności wywarła na mnie potężne wrażenie. W chwili, gdy trudno mi było osiągnąć ten stan, podchodziłem do zadania w nieco aktorski sposób po to, żeby wyzwolić w sobie odpowiednie nastawienie. To doprowadziło mnie do wniosku, że bycie prawdziwie wdzięcznym za to, co mamy, jest jednym z wielu bardzo istotnych kluczy do bycia zadowolonym z codzienności. Naturalnie zacząłem rozszerzać ten stan poza siedzenie i medytowanie. Bycie nieustannie szczęśliwym z tego, co się posiada, z możliwości, jakie mamy i patrzenie w przyszłość z pewnością, że wszystko potoczy się wspaniale, brzmi sympatycznie kusząco, prawda? Na dodatek okazuje się, że im więcej tej wdzięczności było we mnie, tym więcej aspektów życia zaczęło się układać po mojej myśli. Możesz to nazwać podświadomością, świadomością, fartem, czymkolwiek. Zmiana nastawienia działa.

Są jednak rzeczy, z którymi walczenie wydaje się zbyt trudnym zadaniem. Rozgrzebywanie problemów na dłuższą metę wcale nie służy, sprawdziłem tę metodę. Dużo prościej jest po prostu pielęgnować w sobie wspomniany wcześniej stan ufności. Po dotarciu do tego wniosku zrozumiałem, dlaczego ludzie wierzący w boga tak bardzo trzymają się własnych racji. Niestety w większości nie są tego świadomi, a ich wiara polega jedynie na słuchaniu tego, co im powie ksiądz, imam, rabin, czy pastor. Uczynki bez prawdziwej, wewnętrznej wiary. W moim poczuciu o doświadczenie wiary i ufności, że wszystko potoczy się tak, jak ma się potoczyć, chodzi przede wszystkim. Dlatego, moim zdaniem, są ludzie, którzy twierdzą, że wiara czyni cuda.

 

W gruncie rzeczy myślę, że prawdziwa wiara jest wyższą formą medytacji, w której nie musisz nieustannie walczyć z niezadowoleniem. Zaczynasz po prostu z każdą chwilą wierzyć i ufać, że wszystko, co się dzieje, dzieje się i już. I że Twoim jedynym zadaniem jest wierzyć i ufać. Przykładowa przypowieść o Hiobie dotyczy wg. mnie dokładnie tego aspektu życia. Akceptacji wszystkiego, co się nam przydarza. To zabawne, że medytacja buddyjska doprowadziła mnie do takich odkryć, bo rzeczy, o których tu piszę, przeszyły mnie na wskroś, nie wymyśliłem ich sobie dla zabawy.

 

Jedyna (i według niektórych diametralna różnica) pomiędzy buddyzmem a chrześcijaństwem to rozróżnienie dobra i zła. Różnica nie jest jednak w praktyce tak wielka, jak by się mogło wydawać, bo każdy jest w stanie odróżnić rzeczy, które sprawiają mu przyjemność od tych, które go irytują. W medytacji można to dostrzec bardzo wyraźnie. Chrześcijan i buddystów różni jedynie podejście.

Niewykluczone, że to mój ostatni wpis, mam sporo planów, których na razie nie zdradzam :)

Miłego, słonecznego dnia :)

K.


Autorka zdjęcia: https://www.flickr.com/photos/jenny-pics/