pharell williams happy

Wszyscy znają utwór „Happy” Pharella Williamsa, który już jakiś czas temu przeszedł jak burza przez internet. Ktoś mógłby się ze mną nie zgodzić, ale sądzę, że za efekt „viral” (tzw. wirusowe rozprzestrzenianie się treści wśród użytkowników” ) odpowiada nie tylko muzyka. Połowę sukcesu tego utworu artysta zawdzięcza mechanizmowi psychologicznemu wykreowanemu przez wstawienie dużej ilości wideoklipów, w których różni od siebie ludzie wyrażają się poprzez taniec. Tańczący nie są specjalnie wystylizowani, a ruchy kamery są całkiem zwyczajne. Brak także cięć montażowych. Wszystko to sprawia, że odbiorca ma wrażenie, jakby tancerze byli wybrani zupełnie z przypadku, podczas spaceru po mieście. Już po pierwszym obejrzeniu zastanawia się, jak zaprezentuje się następna osoba. W międzyczasie chwytliwa melodia „infekuje” naszą pamięć i już po drugim, czy trzecim przesłuchaniu jesteśmy szczęśliwymi zombie ;) Nawet, jeśli zupełnie nie zwracamy uwagi na wideo, a Youtube jest tylko jedną z wielu otwartych zakładek, oficjalny profil artysty zadba o to, żeby muzyka się zapętliła. Po upływie dwudziestu minut surfowania po sieci orientujemy się, że coś tu nie gra. Z powrotem wskakujemy na zakładkę Youtuba, gdzie wyżej wspomniany mechanizm zaczyna działać. Na fali popularności teledysków typu street-dancing surfuje już niejeden artysta, bo widząc miniatury klipów z ludźmi tańczącymi na ulicy, coś zmusza nas, żeby kliknąć i popatrzeć.

Jeden z podobnych wideoklipów:

[su_youtube url=”https://www.youtube.com/watch?v=ESXgJ9-H-2U”]